rrrrrrrrrrrrruuudd

Gdy Rudy przyszedł do schroniska przed blisko czterema laty był już starym psem. Miał pierwsze problemy ze stawami. Zaopiekowała się nim Angelika pracująca w schroniskowym gabinecie weterynaryjnym. Zżyła się z Rudym i go adoptowała. Miała też olbrzymiego teriera. By nie siedziały całymi dniami w domu przyprowadzała je do pracy, gdzie przebywały w specjalnie przygotowanym dla nich boksie. Też tam pracowałem. Lubiłem przechadzki z Angeliką i jej psami po łące za schroniskiem. Robiłem fotki. Gdy jej nie było, na przykład z powodu urlopu, sam z nimi wychodziłem na spacery. Psiska przyzwyczaiły się też do mnie. Niestety, właściciel placówki w ramach swoich kolejnych dziwacznych fochów zabronił Angelice przyprowadzania psów. Trudno było obydwa olbrzymy wziąć na stałe do niewielkiego mieszkania na Retkini, więc w oczywisty sposób Rudy trafił do mnie. Obawiałem się tylko jego agresywnego zachowania do innych zwierząt, ale z moją niewielką suczką Moli polubili się od pierwszego merdnięcia ogonem. Zaglądalismy do gabinetu, w sprawach szczepień, leczenia czy ” z wizytą” i Rudy miał okazję do spotkań ze swoją dawną panią, a gdy na póltora miesiąca wylądowałem w szpitalu to ona z kolei (wraz z innymi przyjaciółmi ze schroniska Agnieszką i Sławkiem), wyprowadzała moje psy na spacery. Wraz z Mariką, która też pracowała w gabinecie zorganizowaliśmy „spotkanie noworoczne” Rudemu i jej suczce Dumie też adoptowanej. Obydwa czworonogi były bardzo do siebie podobne.
Gdy ponad 1,5 roku temu postanowiłem prowadzić pustelnicze życie na siedlisku w krajobrazie Wzniesień Łódzkich, moje zwierzęta przeprowadziły się ze mną ( także koty, pajak ptasznik, zółw i ryby ). Początkowo chodziliśmy z psami na dalekie wyprawy aż do Dużego Lasu i nad Staw. Później Rudy coraz gorzej dawał sobie radę na spacerach i wreszcie musieliśmy z nich zrezygnować. Pozostało mu „patrolowanie” podwórka. Kiedyś zabrałem psy nad Staw autem. Kosztowało to Rudego tyle sił, że po powrocie nie był w stanie wyjść z pojazdu. Z tych przejażdżek też zrezygnowaliśmy. Ostatnio proces starzenia się psiego organizmu nabrał galopujacego tempa. Przyplątywały się różne dolegliwości. Przejście nawet kilku metrów sprawiało mu trudność, więc zrezygnował z patrolowania, ale układał się w „strategicznym miejscu” by mieć wszystko na oku, szczególnie furtkę. Choć trzeba było pomagać mu wstać, to i tak nadal swoim wyglądem wzbudzał respekt. Wczoraj nastąpił moment, kiedy musieliśmy zrezygnować ze wszystkiego… Pozostało tylko przeświadczenie, że miał szczęśliwą starość.

Facebook: Foto Marek Kowal